Byłem wczoraj na Comie w Krakowie. Mówiąc krótko - ROZPIERDOLILI Łaźnię. Byłem na jedenastu ich koncertach, a ten był zdecydowanie najlepszy.
Wprawdzie Roguc mylił się sporo razy, nie wchodził w tonację albo w rytm, mylił tekst, ale to wszystko nie ma znaczenia, gdy weźmie się pod uwagę energię, jaka biła ze sceny. Coś fantastycznego. W pierwszej części grali nowy, czerwony album. Oczywiście wymalowani na czarno. Zdecydowanie pozamiatała
"Angela",
"Deszczowa piosenka", na której Roguc wymachiwał flagą Łodzi, bardzo podobało mi się też
"W chorym sadzie", trochę mnie zawiodło wykonanie
"Los cebula i krokodyle łzy". A jeśli chodzi o takie kawałki jak
"Na pół",
"Białe krowy" i
"Woda leży pod powierzchnią", to na koncercie sprawdzają się wyśmienicie.
Potem przerwa, trudno mi powiedzieć, co się w niej działo, bo nie byłem pod sceną, ale poszedłem tam na drugiej części. Po prostu miazga, dym, ogień, krew, pot, łzy i kurz. Genialny "System" i "Transfuzja", genialny "Zbyszek" z zajebistym solo Matusza na basie i publicznością noszącą Roguckiego na rękach, ponownie zakochałem się w "Pierwszym wyjściu z mroku". No a na koniec wisienka na torcie: cudowne "Sto tysięcy jednakowych miast" i na końcu "Listopad"! Utwór, który na koncercie słyszałem dopiero drugi raz.
Wspaniały wieczór, wspaniała energia. Kto nie był, niech żałuje.
