Na pewno nie był to mecz z kategorii "piękne widowisko". Prędzej pasowałoby określenie "mecz walki", co nie powinno dziwić biorąc pod uwagę historię obu ekip. Baaardzo ważne 3 punkty, które nie tylko posyłają nas na fotel lidera, lecz dodają pewności siebie (o samej satysfakcji z pokonania Liverpoolu nie muszę wspominać).
Generalnie dużo nie jestem w stanie napisać, bo przez cały czas miałem problemy ze znalezieniem transmisji: na gole się jednak załapałem. Na pewno za uwagę zasługuje praca defensywy (dziś praktycznie bezbłędni), tytaniczna praca środka pola (Fletchera i Park: Carrick niestety niewidoczny, nie mówiąc o straconej piłce, po której strzelili bramkę na 1-0), rajdy Valencii (no, ten zwód to chyba do historii przejdzie

) i mądra gra Rooneya (właśnie to, wg mnie, czyni go najlepszym napastnikiem świata: z całym szacunkiem do np. Torresa, który jest IMO świetnym napastnikiem, ale nie widzę go w sytuacji kiedy posyła tak dokładnie crossy jak Rooney czy utrzymuje się przy piłce, będąc pod presją 2-3 obrońców, którzy siedzą mu non stop na plecach).
Z ciekawostek należy odnotować brak czerwonej kartki dla Vidicia. Została przerwana więc nie tylko niechlubna seria porażek, ale i czerwonych kartoników dla Serba. Trzeba jednak przyznać, że prezentowaliśmy się lepiej od rywali i zwycięstwo była zasłużone. Ten karny to ewidentny przejaw powracającej karmy: w półfinale z City, Rafael sfaulował Bellamyego w niemal identyczny sposób i Tevez strzelił na 1-1. Teraz to wydarzenie powróciło w formie, którą mamy nadzieję oglądać częściej